Artykuł L. Skragina komentuje kapitan żeglugi wielkiej A. BOČEK


Cóż, zdarzeń, które wydają się całkowicie niewytłumaczalne, w całej historii floty morskiej nagromadziło się niemało. Czy jednak naprawdę są one tak niewyjaśnione?
Weźmy choćby przypadek „Marii Celesty”.
Środek XIX wieku — okres rozkwitu floty żaglowej w wielu krajach Europy i Ameryki. Bezwzględnie eksploatując marynarzy, armatorzy zmuszali ich do pracy przez 14–16 godzin dziennie. Złe warunki żywieniowe, fatalne warunki bytowe oraz brutalność często doprowadzały załogi do buntu, co, jak się wydaje, miało miejsce na „Marii Celeste”. Po dokonaniu rozprawy z kapitanem i nie mogąc pozostać na statku, załoga w obawie przed karą opuściła statek i próbowała dotrzeć na ląd za pomocą łodzi ratunkowej.
Na pierwszy rzut oka przypadek „Seabirda” wydaje się równie tajemniczy. Kto jednak mógł być zainteresowany zniknięciem załogi i zagładą statku? Oczywiście armator, szczególnie jeśli bryg „Seabird” był stary i nierentowny. Wypłata z polisy ubezpieczeniowej — to prawdopodobnie skusiło kapitana, by upozorować tragedię.
Zatopienie statku przewożącego drewno i kawę było praktycznie niemożliwe. Aby uzyskać odszkodowanie ubezpieczeniowe, załoga musiała bez śladu zniknąć, a statek tajemniczo wypłynąć na brzeg.
Najtrudniej wyjaśnić przypadek barku „Eby Ess Hart”. Śmierć całej załogi, z wyjątkiem kapitana, wydaje się niemalże niemożliwa.
W 1909 roku byłem w grupie kadetów sporządzających inwentarz wysp Zatoki Amurskiej. Pracował z nami cieśla, człowiek około sześćdziesiątki, Estończyk z pochodzenia, bardzo ponury, milczący i mało towarzyski.
Wiedzieliśmy, że ten człowiek długo przebywał na katordze, i traktowaliśmy go taktownie oraz życzliwie. To go rozluźniło, i pewnego dnia, siedząc przy ognisku, zaczął mówić.
...Tragedia wydarzyła się w latach siedemdziesiątych XIX wieku. Mając 15 lat, cieśla wstąpił jako młody marynarz na żaglowiec pływający po Bałtyku.
Wówczas na statkach panował ohydny zwyczaj. Załoga zwykle wybierała kogoś z załogi jako obiekt złośliwych żartów i szyderstw, a niekiedy także bicia. Jeśli ktoś nie mógł obronić swojego honoru pięściami, doprowadzano go do skrajnego rozpaczy.
Tak właśnie było z cieślą. Nie mogąc z powodu biedy odejść z pracy, młody marynarz postanowił zemścić się na swoich oprawcach, dopuszczając się zbrodni. Otruł całą załogę i sam zszedł na ląd za pomocą łodzi ratunkowej. Sąd skazał go na długą zsyłkę na Sachalin.

Na mapie: 
1. Punkt o współrzędnych 38° 20' N — 17° 37' W, gdzie 4 grudnia 
1872 roku bryg „Dea Gratia” spotkał „Marię Celestę”. 
2. W tym punkcie 36°57' N — 27°20' W w dzienniku pokładowym  
„Marii Celeste” dokonano ostatniego wpisu. 
3. Tutaj wachmistrz „Marii Celeste” wziął namiar 
na wyspę „Santa Maria” i dokonał odpowiedniego wpisu 
na tabliczce łupkowej. 
 Komisja, która badała sprawę, doszła do wniosku, że ludzie 
z „Marii Celeste” zniknęli podczas rejsu między punktem nr 3 a punktem nr 1

Nie wykluczone, że coś podobnego mogło  wydarzyć się na barku „Ebbey S. Hart”. Kapitan  barka mógł uniknąć wspólnego losu, ponieważ być może nie brał udziału w prześladowaniu osoby, która zdecydowała się na zabójstwo załogi. A pobyt na  morzu z martwą załogą na pokładzie mógł z czasem doprowadzić go do szaleństwa. 
Z kolei w przypadku niemieckiego barka „Freya” nie ma nic tajemniczego. Choć według raportów meteorologicznych nie było silnych wiatrów, sam fakt  utraty masztów, przechyłu statku wskazuje, że jednostka została dotknięta przez gwałtowny szkwał i, stając się  bezsilna, została zepchnięta na otwarte morze.  W tamtych czasach nie było jeszcze łączności radiowej, a spotkanie jakiegokolwiek statku na pełnym morzu, z dala od wybrzeży Ameryki, było prawie niemożliwe. Dlatego podjęto decyzję o opuszczeniu statku i próbie dotarcia  do brzegu łodziami ratunkowymi... 
Całkowicie wyjaśniona jest również sprawa z amerykańską szkunerą „Carroll Deering”. Statek miał ożaglowanie skośne, a żagle można było szybko zwijać. Jednak osadzenie statku na mieliźnie na otwartym oceanie jest bardzo niebezpieczne, dlatego załoga w pośpiechu opuściła szkuner. W takich przypadkach dowództwo statku zabiera ze sobą dziennik pokładowy dla swojego usprawiedliwienia oraz sekstans i chronometr do określenia pozycji na morzu. 
Uszkodzenia kompasu i urządzeń sterowych świadczą o tym, że szkuner był poddany działaniu uderzeń fal oceanu. 
W okolicach przylądka Hatteras występuje silny stały prąd na północny zachód. Jeśli w tym czasie wiał wiatr z lądu, łodzie ze szkunera zostały zniesione prądem na otwarte morze, gdzie mogły zginąć. 
Bardzo ponuro wygląda zagłada holenderskiego  parowca „Ourang Medan”. Ale tutaj jest najmniej tajemnic. Parowiec przewoził toksyczne  substancje chemiczne, łatwopalne, a  może i zmieszane z materiałami wybuchowymi. Ładunek ten prawdopodobnie nie był hermetycznie zamknięty i zaczął ulatniać się w postaci gazu do pomieszczeń mieszkalnych i  służbowych, co spowodowało  śmierć ludzi, a następnie – wybuch – i zatonięcie statku. 
W ten sposób niemal wszystkie te tajemnicze i przerażające zdarzenia mogą znaleźć całkowicie  realne wyjaśnienia.