Są rzeczy zbyt niewiarygodne, by w nie uwierzyć.
Lecz nie ma rzeczy tak niewiarygodnych, by nie mogły się wydarzyć.
Thomas HARDY
Historia żeglugi morskiej przechowuje w swoich annałach wiele dramatycznych wydarzeń: statki osiadają na mieliznach, toną w wyniku kolizji, giną w pożarach i z innych powodów. Według statystyk każdego roku bez śladu przepada około piętnastu jednostek pływających.
Cień „Latającego Holendra”, od wieków przemierzającego morskie przestrzenie – raz wśród surowych arktycznych lodów, raz po spokojnej tafli mórz południowych – co jakiś czas pojawia się przed oszołomionymi marynarzami...
„Latający Holender”! Oczywiście, to tylko legenda. Ale czy nie ma zbyt wielu sobowtórów tego mitycznego statku?
„Seabird”
Lipcowym rankiem 1850 roku mieszkańcy osady Eastons Beach na wybrzeżu stanu Rhode Island z zaskoczeniem zobaczyli, jak od strony morza, pod pełnymi żaglami, w kierunku brzegu płynie żaglowiec. Na mieliźnie zatrzymał się. Gdy ludzie weszli na pokład, odkryli, że na kuchence w kambuzie gotuje się kawa, a w salonie na stole stoją talerze. Jedynym żywym stworzeniem na pokładzie był jednak drżący ze strachu pies, który skulił się w rogu jednej z kajut. Nie było ani jednej osoby.
Ładunek, przyrządy nawigacyjne, mapy, locje i dokumenty statkowe – wszystko było na swoim miejscu. Ostatni wpis w dzienniku pokładowym informował: „Wpłynęliśmy na trawers rafy Brenton” (ta rafa znajduje się zaledwie kilka mil od Eastons Beach).
Wiadomo było, że „Seabird” odbywał rejs z ładunkiem drewna i kawy z wyspy Honduras. Jednak nawet najdokładniejsze śledztwo przeprowadzone przez Amerykanów nie ujawniło przyczyny zniknięcia załogi żaglowca.
Gdzie zatem podziali się ludzie? Dokąd?..
«Maria Celeste»
W południe 4 grudnia 1872 roku z pokładu angielskiego brygu „Dei Gratia”, znajdującego się 600 mil na zachód od Gibraltaru, zauważono żaglowiec „Maria Celeste”. Statek to ostrzył do wiatru, to znowu dryfował, wykonując skomplikowane zygzaki. Doświadczone oko mogło zauważyć, że nikt nim nie steruje.
Wkrótce na pokład brygantyny weszli marynarze z „Dei Gratia”. Na pokładzie nie było żywej duszy. Wiatr wył w porwanych olinowaniach fokmasztu, a podarte żagle z hukiem uderzały o maszt i reje. Na kołyskach brakowało szalupy ratunkowej.
Na stole w kajucie kapitana leżały mapy, locje, książki. Krótki zapis w dzienniku pokładowym informował, że statek szczęśliwie dotarł niemal do punktu, w którym został zauważony z „Dei Gratia”.
Wkrótce okazało się, że brakowało chronometru, sekstantu i tabeli deklinacji słonecznej, a kompas pokładowy leżał rozbity w kącie kajuty. W szufladzie stołu znaleziono znaczną sumę pieniędzy oraz szkatułkę z damską biżuterią. Na brygantynie z całą pewnością znajdowała się kobieta: w sąsiedniej kajucie znaleziono maszynę do szycia, na której leżała niedokończona dziecięca koszulka.
Oględziny kubryku marynarzy wprowadziły załogę w jeszcze większe zdumienie. Koje były starannie posprzątane, wszystkie schowki nienaruszone, a na stole leżały... niedopałki fajek!
W kambuzie znaleziono duży zapas słodkiej wody, mąkę, soloną wołowinę, ziemniaki, warzywa oraz niedawno upieczony chleb...
W ładowni marynarze zobaczyli równe rzędy drewnianych beczek – naliczyli ich dokładnie 1700. W beczkach znajdował się spirytus.
Co mogło się stać z załogą? Komisja powołana do przeprowadzenia dochodzenia przedstawiła wiele hipotez, w tym najbardziej fantastyczne. Twierdzono na przykład, że załoga brygantyny padła ofiarą ataku gigantycznych kałamarnic. Mało prawdopodobna wydawała się również wersja o buncie załogi, zamordowaniu kapitana i jego rodziny. Najbardziej prawdopodobne, jak uznała komisja, było to, że z jakiegoś powodu załoga opuściła statek, a następnie zginęła na morzu lub została zabrana przez inny statek. Jednak minęło kilka miesięcy, a załoga „Maria Celeste” nie dała znaku życia w żadnym z portów świata. Komisja przyznała, że nie jest w stanie przedstawić żadnego zadowalającego wyjaśnienia tej historii. I znów brak odpowiedzi na pytanie: co się stało z załogą „Maria Celeste”?
«Ebbey Ess Hart»
We wrześniu 1894 roku na Oceanie Indyjskim z pokładu niemieckiego parowca „Pikknuben” dostrzeżono trzymasztowy bark „Ebbey Ess Hart”. Na jego maszcie powiewał sygnał wzywający pomocy. Gdy niemieccy marynarze weszli na pokład żaglowca, odkryli, że wszyscy z 38 członków załogi nie żyją, a kapitan oszalał.
«Freya»
3 października 1902 roku niemiecki czteromasztowy bark „Freya” wypłynął z meksykańskiego portu Manzanillo. 17 dni później odnaleziono go częściowo zatopionego, z mocnym przechyłem na lewą burtę. Sztagi masztów żaglowca były połamane, a załoga zniknęła. W tym czasie w okolicach zachodniego wybrzeża Meksyku nie odnotowano żadnych sztormów. Przyczyny zniknięcia załogi pozostały niewyjaśnione.
«Carroll A. Deering»
O godzinie 8:10 dnia 31 stycznia 1921 roku latarnik z przylądka Hatteras zauważył dużą pięciomasztową szkunerę. Stała na zewnętrznej krawędzi mielizny Diamond Shoals. Wszystkie jej żagle były zwinięte, a łodzie ratunkowe zniknęły. Gdy holownik dostarczył na „Carroll A. Deering” ekipę ratunkową, okazało się, że na pokładzie nikogo nie ma. Ładunek, rzeczy osobiste załogi oraz zapasy żywności były nietknięte. Brakowało jednak dziennika pokładowego, chronometru i sekstantów. Kompas pokładowy oraz część przyrządów nawigacyjnych były rozbite, a ster uszkodzony. Przyczyny zniknięcia kapitana i dziewięciu marynarzy nie zostały wyjaśnione. Jedynym żywym stworzeniem znalezionym na szkunerze był kot pokładowy.
«Ourang Medan»
W lutym 1948 roku statki handlowe znajdujące się w rejonie Cieśniny Malakka, w pobliżu wyspy Sumatra, odebrały radiowy sygnał SOS: „SOS. Statek towarowy *Ourang Medan*. Statek kontynuuje kurs. Możliwe, że wszyscy członkowie naszej załogi już nie żyją”. Następnie w transmisji pojawił się ciąg chaotycznych kropek i kresek, ale na końcu wiadomości wyraźnie zapisano: „Umieram”.
Wkrótce holenderski statek *Ourang Medan* został odnaleziony przez angielskich marynarzy. Cała jego załoga była martwa, a na twarzach zmarłych zastygł wyraz przerażenia.
Brytyjczycy planowali odholować statek do najbliższego portu, ale niespodziewanie w jego ładowni wybuchł pożar.
Kilka minut później nad wodami Oceanu Indyjskiego rozległ się potężny wybuch. Rozpadając się na pół, *Ourang Medan* spowiły gęste kłęby dymu, po czym zniknął w otchłani.
«Holchu»
8 lutego 1953 roku marynarze angielskiego statku *Ranee*, znajdując się dwieście mil od Nikobarów, zauważyli na oceanie mały towarowy statek parowy *Holchu*. Statek został uszkodzony przez żywioły, jego maszt był złamany. Mimo że łodzie ratunkowe były na swoich miejscach, załoga zniknęła. W ładowniach znajdował się ładunek ryżu, a w zbiornikach pełen zapas paliwa i wody. Co stało się z pięcioma członkami jego załogi, pozostaje zagadką do dziś.
Minęło dokładnie sto lat od dnia, kiedy rozpoczęła swoją pracę komisja śledcza w sprawie *Mary Celeste*. Dwadzieścia lat dzieli nas od tajemniczego incydentu na *Holchu*. A ile jeszcze podobnych statków-widm dryfuje po oceanach! Czy kiedykolwiek poznamy przyczyny tych tragedii?
Raczej nie. Czas i ocean potrafią zachować swoje tajemnice...