Pańska prasa, sir! - John Townbridge, właściciel tawerny w angielskim miasteczku Milford-on-Sea w hrabstwie Hampshire, podał paczkę gazet starszemu mężczyźnie. Komodor w stanie spoczynku Reginald Redmond miał zwyczaj pojawiać się tutaj dokładnie o 10 rano, aby napić się herbaty i przejrzeć świeże gazety. I tym razem bez pośpiechu rozłożył "Timesa".

- Zobaczmy, co nowego na frontach... Nie, to oburzające! - Nagle czerwony z gniewu Redmond odwrócił się do Townbridge. - Posłuchajcie tylko, co piszą: "Wiceadmirał Ciliax odniósł sukces tam, gdzie poniósł klęskę książę Medina-Sidonia. Od XVII wieku brytyjska potęga morska nie doznała takiego upokorzenia..."
- Co się stało, sir? - zapytał tamten.
- Jak to co? Przedwczoraj niemieckie okręty, cała eskadra, przeszły przez Kanał (jak Brytyjczycy nazywają centralną część La Manche - B.R.) z Brestu na Morze Północne! I to w zasięgu naszego lotnictwa, pod lufami naszych baterii nadbrzeżnych, przez nasze pola minowe! - gotował się zazwyczaj opanowany komodor. - Jak w ogóle mogło do tego dojść?

To samo pytanie zadawały sobie miliony Brytyjczyków w lutym 1942 roku. Tak, Brytania przeżyła tragedie - chociażby zatonięcie krążownika liniowego "Hood", zatopionego w maju 1941 roku wraz z całą załogą przez niemiecki pancernik "Bismarck". Ale "Hood" poległ w bitwie, a honor floty nie został nadszarpnięty. A teraz? Aby zrozumieć sytuację, sięgnijmy jednak do wydarzeń z końca 1941 roku.

W tym czasie flota nazistowska dysponowała imponującymi siłami. Na Bałtyku stacjonowały najnowszy pancernik "Tirpitz", ciężkie krążowniki "Admiral Hipper" i "Admiral Scheer", 4 lekkie krążowniki i niszczyciele. W Breście stały pancerniki "Scharnhorst", "Gneisenau" i ciężki krążownik "Prinz Eugen". W portach okupowanej przez nazistów Norwegii bazowały niszczyciele i okręty podwodne.

Brytyjska Flota Metropolii liczyła wówczas pancerniki "King George V" i "Rodney", przestarzały krążownik liniowy "Renown", lotniskowiec "Victorious", 4 ciężkie i 6 lekkich krążowników, niszczyciele. Tych ostatnich brakowało nawet do ochrony alianckich konwojów płynących przez centralny Atlantyk.

Obawy przed możliwym atakiem na te konwoje ze strony dużych nawodnych okrętów przeciwnika, w tym eskadry z Brestu, skłoniły Admiralicję Brytyjską do przedsięwzięcia granicznego nalotu na ten port. W styczniu 1942 roku 612 bombowców zrzuciło na niego 908 bomb, co nie spowodowało jednak poważniejszych uszkodzeń pancerników.

Jak się okazało, dostojnicy Admiralicji martwili się na próżno. Uwaga Hitlera była przykuta do frontu wschodniego, gdzie Wehrmacht poniósł pierwsze poważne porażki pod Moskwą, Rostowem i Tichwinem. Dlatego Hitler postanowił zaprzestać operacji okrętów nawodnych na centralnym Atlantyku i skoncentrować je w północnej Norwegii, skąd mogły uderzać na arktyczne konwoje płynące do portów Związku Radzieckiego. 12 grudnia 1941 roku rozkazał przerzucić na wody norweskie stojące w Breście "Scharnhorsta", "Gneisenaua" i "Prinza Eugena", które miały przedrzeć się przez kanał La Manche. Szczegółowy plan tej operacji "Cerber" szczegółowo opracował dowódca eskadry brestońskiej, wiceadmirał Ciliax.

Wyjście eskadry z Brestu zaplanowano na 19:30 11 lutego 1942 roku. Zgodnie z oczekiwaniami, przygotowania do operacji nie pozostały niezauważone przez brytyjski wywiad, który doniósł o nich w porę do Londynu. Już w 1941 roku opracowano plan operacji przeciwnej "Fuller", przewidujący szereg działań mających na celu zapobieżenie temu przedarciu. W szczególności brytyjskie lotnictwo otrzymało rozkaz zrzucenia min magnetycznych i dennych na nieprzyjacielskich torach wodnych w cieśninie, stawiacze min "Manxman" i "Welshman" postawiły dodatkową zaporę między Ouessant a Boulogne. W stan gotowości bojowej postawiono baterie nadbrzeżne, oddziały samolotów torpedowych i bombowców, dywizjon niszczycieli. Kutry torpedowe stacjonujące w Dover wzmocniono kolejną flotyllą. W rejonach Brestu, wyspy Ouessant, między portami Hawr i Boulogne zorganizowano stałe patrole powietrzne. 11 lutego na wody oblewające Brest wysłano okręt podwodny "Sealion", którego dowódca otrzymał nakaz nieustannego obserwowania wrogich okrętów. Wydawało się, że uwzględniono wszystko.

Jednak... Eskadra brestońska wyszła w morze o 20:45, z godzinnym opóźnieniem z powodu nalotu na port. Noc była bezksiężycowa, nad wodą wisiała mgiełka. Ale dowódca "Sealiona" nie zauważył przeciwnika wcale nie z tego powodu. Podczas bombardowania uznał za możliwe odejście z pozycji, aby doładować akumulatory.

Nie widział eskadry również samolot patrolowy, który wrócił do bazy z powodu awarii radaru pokładowego. Inna maszyna, wysłana w ten sam kwadrat dwie godziny później, wroga naturalnie już nie zastała.

Tymczasem eskadra płynęła cieśniną z prędkością 7 węzłów i o 5:30 12 lutego minęła wyspę Alderney. O świcie nad okrętami zawisły "messerschmitty" osłony powietrznej.

O 10:30 okręty znalazły się na trawersie ujścia Sommy, a Admiralicja Brytyjska wciąż nie podejrzewała ich wyjścia z Brestu. Nawiasem mówiąc, godzinę wcześniej na ekranach brytyjskich przybrzeżnych radarów pojawiły się zakłócenia. Zdarzało się to jednak i wcześniej, więc sztabowcy nie przywiązywali do tego wagi.

Dwa brytyjskie myśliwce "Spitfire", które wyleciały na zwiady, zobaczyły w cieśninie jakieś okręty, ale wzięły je za jeden ze swoich konwojów. Dopiero po powrocie na lotnisko pilot zauważył, że jakiś okręt wyglądał jak pancernik.

O 10:42 dwa inne "Spitfire'y", ścigając wrogi samolot, wynurzyły się z chmur dokładnie nad eskadrą. Dowódca pary, pułkownik Beamish, od razu zrozumiał, że pod nim znajdują się okręty z Brestu, ale pamiętając o nakazie zachowania ciszy radiowej, zameldował o zdarzeniu dopiero po lądowaniu, o 11:09.

I zaczęło się... W brytyjskich sztabach rozbrzmiały telefony, posypały się rozkazy, czasem nieprzemyślane i sprzeczne. Zamiast jasnego planu "Fuller" w akcję weszła zupełnie rozregulowana maszyna wojenna. Na przykład nikomu nie przyszło do głowy, że samoloty torpedowe "Swordfish" są dwa razy wolniejsze od myśliwców wysłanych do ich osłony, że bombowce wysokościowe nie zdążą na miejsce bitwy, że z tuzina kutrów torpedowych przeznaczonych do operacji "Fuller" tylko osiem jest zdolnych do walki.

Wreszcie poruszyły się lufy dział brytyjskich baterii nadbrzeżnych, chociaż artylerzyści byli pewni, że ostrzał okrętów ukrytych we mgle i deszczu jest bezsensowny bez naprowadzania przez radary (a te, jak wiemy, "oślepły"). Mimo to o 12:18 działa przemówiły, oddając w ciągu 27 minut 33 salwy. Niestety, ani jeden 229-mm pocisk nie spadł bliżej niż mila od eskadry.

Nad cieśniną wciąż toczyło się echo wystrzałów, gdy w morze wyszło zaledwie pięć kutrów torpedowych z Dover. Jeden wkrótce odpadł z powodu awarii silnika. O 12:23 kutry dostrzegły eskadrę, ale dowódca oddziału nie zaryzykował zbliżania się do przeciwnika bez osłony powietrznej. Chyba bardziej po to, by pozbyć się ładunku, niż by razić wroga, cztery kutry wystrzeliły torpedy wachlarzem z odległości 4 kabli i wycofały się. Załoga piątego kutra, po naprawieniu silnika, przedarła się przez ogień eskorty, wystrzeliła torpedy w kierunku "Prinza Eugena" - również bez rezultatu!

Nadeszła kolej lotnictwa. Około 12:00 sześć samolotów torpedowych jeden po drugim oderwało się od pasa startowego lotniska Manston. Eskadrą dowodził kapitan Esmonde, uczestnik udanego polowania na pancernik "Bismarck" w maju 1941 roku. Ale wtedy "Swordfishe" Esmonda miały do czynienia z silnym, ale pojedynczym przeciwnikiem, a teraz miały atakować eskadrę ochranianą przez ścigacze i myśliwce. Wkrótce nad wolnymi samolotami torpedowymi pojawiły się myśliwce "Spitfire".

- Słaba osłona... - mruknął kapitan. Nie dowiedział się już, że słaba widoczność uniemożliwiła pozostałym "Spitfire'om" znalezienie podopiecznych "Swordfishy".

Niemieckie myśliwce spotkały Brytyjczyków w pobliżu Ramsgate i związawszy walką "Spitfire'y", rzuciły się na samoloty torpedowe, których załogi o 12:50 zobaczyły wrogą eskadrę. Dzieląc eskadrę, Esmonde poprowadził do ataku maszyny poruczników Rose'a i Kingsmilla. Z drugiej strony na przeciwnika szli porucznicy Thompson, Wood i Blye. Dowódczy "Swordfish" prześlizgnął się przez strefę ognia zaporowego eskorty i lecąc tuż nad wodą, pomknął ku ciemnoszarej bryle "Scharnhorsta". A w płaty i kadłub samolotu torpedowego już biły pociski z "messerschmittów", które wpiły się w niego na śmierć. Ostatnim wysiłkiem ranny Esmonde zrzucił torpedę, a jego płonąca maszyna natychmiast runęła do wody. "Swordfish" porucznika Rose'a, po uwolnieniu się z torpedy, przeleciał nad pokładem jakiegoś okrętu, buchnął płomieniami i niezgrabnie wodował. Wdrapawszy się do pontonu, lotnicy dobrze widzieli, jak płonący samolot Kingsmilla wbił się w fale... Półtorej godziny później zmarzniętych lotników podjął brytyjski kuter torpedowy. Desperacki atak "Swordfishy" kosztował Anglię sześć maszyn, na których zginęło 13 lotników, a żadna torpeda nie trafiła wrogich okrętów!

Tymczasem eskadra weszła na wody zaminowane i admirał Ciliax z bólem serca nakazał zmniejszyć prędkość. Teraz Brytyjczycy z pewnością wznowią ataki na okręty pełznące wąskimi torami wodnymi, pozbawione możliwości manewrowania! Ale przejściu eskadry przez pola minowe, jak na ironię, nikt nie przeszkodził.

Około 14:00 okręty ponownie zwiększyły prędkość, ale "Scharnhorst" natychmiast zadrżał od potężnego wybuchu. Uszkodzenia spowodowane przez minę okazały się jednak niezbyt poważne i wkrótce znów płynął z prędkością 25 węzłów. Eskadra brestońska wchodziła na Morze Północne i jedynym, kto mógł jej jeszcze przeszkodzić, pozostawał dywizjon niszczycieli z Harwich.

Dowódca tego dywizjonu, komandor Pizey, otrzymał rozkaz ataku na nazistów, gdy jego okręty znajdowały się na ćwiczeniach na morzu. Dywizjon liczył dwa lidery i cztery niszczyciele, zbudowane jeszcze pod koniec pierwszej wojny światowej. Ustępowały one niemieckim pancernikom nawet prędkością. Zdając sobie sprawę, że dywizjon jest beznadziejnie spóźniony z atakiem, Pizey zaryzykował i przeprowadził swoje okręty przez pola minowe. Co prawda niszczyciel "Walpole" zmuszony był zawrócić do bazy z powodu awarii maszyny, pozostałe potwierdziły słuszność przysłowia "kto nie ryzykuje, ten nie wygrywa".

O 15:17 sygnaliści flagowego lidera "Campbell" dostrzegli przez deszcz i mgłę pancerniki Ciliaxa w odległości 9,5 mili. Wykorzystując słabą widoczność, Pizey zbliżył się do nieprzyjaciela na kolejne 2 mile, po czym "Campbell" i "Vivacious" jednocześnie wystrzeliły torpedy. "Worcester", który podszedł jeszcze bliżej do "Scharnhorsta", został natychmiast nakryty salwą pancerników i otrzymał kilka bezpośrednich trafień. "Mackay" i "Whitshed" wystrzeliły torpedy jako ostatnie. I żadna nie osiągnęła celu!

Teraz dogonić eskadrę płynącą pełną parą wzdłuż holenderskiego wybrzeża mogło tylko 242 brytyjskie bombowce. Ale i im nie sprzyjało szczęście – eskadrę dostrzegły załogi tylko 39 maszyn, które pojedynczo, bez osłony, wychodziły na cel. Wynik – działa przeciwlotnicze nazistowskich okrętów i myśliwce zestrzeliły 15 bombowców, a wszystkie brytyjskie bomby eksplodowały w morzu...

O 19:55 na trawersie wyspy Terschelling na minę nadział się również "Gneisenau". Potężny wybuch uszkodził dno pancernika w części rufowej, stracił on chwilowo prędkość, ale o 7:00 następnego dnia jako pierwszy z eskadry oddał kotwicę w ujściu Łaby. Za nim przybył "Prinz Eugen", jedyny duży okręt Ciliaxa, który nie odniósł uszkodzeń podczas przedarcia. Jeśli chodzi o "Scharnhorsta", to o 21:35 ponownie wszedł na minę, przyjął ponad 1 tys. ton wody zaburtowej i z ogromnym trudem, przy pomocy holowników, dotarł do bazy w Wilhelmshaven. Mimo to dowództwo Kriegsmarine miało podstawy, by uznać operację "Cerber" za udaną.

Dalsze losy pancernych okrętów Ciliaxa potoczyły się różnie. "Scharnhorst", przebazowany zgodnie z rozkazem Hitlera do portów okupowanej Norwegii, został zatopiony przez brytyjską eskadrę w grudniu 1943 roku. "Gneisenau" wielokrotnie trafiał pod bombardowania, a na początku marca 1945 roku zatonął u wejścia do portu w Gdyni. Po wojnie został rozebrany na złom przez polskich nurków. "Prinz Eugen" przypadł Amerykanom przy podziale floty nazistowskich Niemiec, a ci wykorzystali go jako cel przy próbach broni jądrowej na atolu Bikini.

...Tak więc eskadrze Ciliaxa udało się w lutym 1942 roku bezkarnie minąć strefę kontrolowaną przez brytyjską flotę i lotnictwo. Przedstawiciele Admiralicji Brytyjskiej utyskiwali wówczas na złą pogodę, która przeszkodziła angielskim lotnikom i marynarzom, na wyjątkowo "niekorzystny zbieg okoliczności", a nawet na sam los, który spłatał figla sztabowcom podczas realizacji planu "Fuller". Ale czy nie istniały inne przyczyny, które przyczyniły się do sukcesu nazistowskiego planu "Cerber"? Brytyjscy historycy w każdym razie milczą na ten temat.